Konwenty Południowe - Woda, winda i najzad idolek - Relacja z Animatsuri 2018

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityką Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Wysłali dziecko do Warszawy i dziecko się zgubiło


To znaczy nie dziecko, a Alex i nie zgubiła się, a wsiadła do złego autobusu i przybyła na konwent troszeczkę późno, ale co poradzisz, gdy wychowałeś się między drzewami, a największym miastem, do którego miałeś dostęp, był Tarnów, gdzie najwyższy budynek nie ma więcej niż 10 pięter.

W dniach 20-22 lipca uczestniczyłam w konwencie Animatsuri, tworzonym przez organizację o tej samej nazwie. Była to moja druga wycieczka do stolicy w życiu, więc mimo że kocham pociągi (ponieważ nie przyprawiają mnie o chorobę lokomocyjną) niemalże pięciogodzinna podróż w wagonie z ludźmi, których dieta składa się głównie z kiełbasy była – powiedzmy delikatnie – przygodą życia. Do Warszawy dotarłam więc w średnim humorze, niewyspana, pachnąc małopolskimi produktami wędliniarskimi.

Akredytacja, informacja, portfela segregacja


Tutaj Animatsuri zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie, po raz pierwszy tego wieczoru. Po wielu przygodach związanych z krążeniem dookoła dworca i nieumiejętnością złapania taksówki, na ul. Bobrowiecką przybyłam dopiero około godziny 19. Nie łudziłam się, że kolejki już nie będzie – ba, to przecież Animatsuri – ale fakt, że dwie godziny po otwarciu akredytacji ogonek mieścił się już wewnątrz, za ogrodzeniem budynku świadczył o tym, że a) nie było tak dużo ludzi lub b) akredytacja działała bezbłędnie.

Poprawna odpowiedź? B.

Z tego, co zdołałam dowiedzieć się od moich znajomych, kolejka przed otwarciem drzwi była spora. Jednakże pomimo regularnego napływu nowych ludzi poruszała się sprawnie dzięki uruchomieniu przez organizatorów czterech punktów akredytacyjnych działających dzielnie i bez zarzutu od godziny siedemnastej do późnych godzin wieczornych. Zatrzymanie kolejki przed drzwiami i wpuszczanie określonej liczby osób do środka także pomogło opanować chaos, który mógłby się pojawić w razie wylania rzeki konwentowiczów gotowych podbić pole bitwy znane jako Animatsuri.

Zatrzymajmy się na chwilę przy akredytacji, bo warto wspomnieć o dodatkach do biletu, informatorach (tak, dwóch informatorach, o czym wspomnę później) oraz cenach. Świętą trójcę witalnych informacji dla przeciętnego Polaka otwiera cennik biletów na wydarzenie. Wejściówki można było zakupić zarówno na miejscu, jak i online, jednakże dużo bezpieczniejsze i bardziej opłacalne było zakupienie ich przez Internet.

Ceny zakupu przez Internet wynosiły:
55 zł (+10zł nocleg) – Oferta First Minute – pierwsze 200 rezerwacji
60 zł (+10zł nocleg) – Oferta Standard+ – rezerwacje od 201. do 1000.
60 zł (+10zł nocleg) – Oferta Standard – rezerwacje od 1001. dokonane do 8.07
Oferta Standard i Standard+ różniły się tylko liczbą gadżetów.
65 zł (+10zł nocleg) – Oferta Last Minute – rezerwacje od 9.07 do 15.07
130 zł (+10 zł nocleg) – Oferta VIP - dostępne tylko 100 sztuk
Ceny podane powyżej obejmowały trzydniowy wstęp na teren konwentu. Ceny wejściówek na pojedyncze dni zobaczyć można poniżej.

25 zł - piątek od 17:00 do 23:00
50 zł - sobota od 7:00 do 23:00
20 zł - niedziela od 7:00 do 14:00

Opłacalność zakupu wejściówek przez Internet jest widoczna dopiero po porównaniu ich cen z cenami biletów dostępnych w punkcie akredytacyjnym. Co więcej, kupienie biletu na miejscu nie gwarantowało miejsca w sali noclegowej, co powodowało tworzenie się „obozów uchodźców” w salach wystawowych, o czym jednak później.

Ceny biletów na miejscu wynosiły:

30 zł – piątek od 17:00 do 23:00
55 zł – sobota od 7:00 do 23:00
25 zł – niedziela od 7:00 do 14:00
70 zł – trzy dni (bez możliwości noclegu)

Jak na oko osoby, która była już na kilku konwentach, ceny te są bardzo dobrze wyważone i nie będą odbijały się przez następne kilka miesięcy na portfelu konwentowicza. Jedyną rzeczą, która w tym cenniku była mi nie w smak, to brak możliwości zakupu miejscówki w sleep roomie bezpośrednio na konwencie. Rozumiem, że było to prawdopodobnie podyktowane chęcią zapobieżenia tłokowi bądź po prostu zachowania porządku w salach sypialnych, jednakże gdyby nie komentarz mojej koleżanki na temat konieczności rezerwacji, prawdopodobnie spałabym w Warszawie pod stołem któregoś z wydawnictw.

Być może to moja wina. Przyznaję się bez bicia, że czytam szybko i często powierzchownie, a że to było moje pierwsze Animatsuri, to tym bardziej byłam niezaznajomiona z zasadami, ale wyraźniejsze zaznaczenie, być może nawet osobne ogłoszenie przez organizatorów takiej konieczności byłoby mile widziane.

Wracając do procesu akredytacji, gdy zostawimy nasze ciężko zarobione pieniądze w rękach helperów obsługujących punkty, dostaniemy, w zależności od wykupionego pakietu, poniższe gadżety:

Przypinka i smycz – przy każdej rezerwacji online oraz przy wykupieniu biletu trzydniowego na miejscu (do wyczerpania zapasów)
Plakat – przy każdej trzydniowej rezerwacji online, rezerwacji na sobotę
Wachlarz – przy rezerwacji First Minute, Standard+ i VIP
Kubek termiczny lub zwykły/Specjalna przypinka i smycz/Kupon na Bubble Tea i Pancake’i – tylko przy rezerwacji VIP


Program na papirusie

Bezpłatnie każdy z uczestników otrzymał dwa informatory – jeden w postaci znanej wszystkim książeczki, która objaśniała panele od A do Z, a drugi w postaci kartki papieru w formacie A3 złożonej na pół, z wydrukowanym godzinowym planem atrakcji oraz rozpiską pięter. I w tym miejscu właśnie muszę rzucić mój pierwszy kamień w stronę Animatsuri.

Prosto i do rzeczy: informatory wcale nie były informujące. Książeczkę wyjęłam z torby może raz od piątku do niedzieli, a rozpiskę byłam zmuszona zostawić w sleepie z powodu jej nieporęczności. Niewygodnie jest targać ze sobą pomiętą kartkę papieru, która wygląda jak niedorobiona mapa skarbów, tylko po to, aby przykucnąć na środku sali i użyć czegokolwiek, co ma się pod ręką jako linijki, która pomoże dopasować godzinę do części programu i sali.
Jeżeli wspominam już o programie, dodać muszę, że był on bardzo słabo czytelny i zamiast szukać na nim godziny paneli, często musiałam iść pod salę, by spisać godzinę wydarzenia. Czcionka użyta w druku była stanowczo zbyt mała, a wciśnięcie całego programu na jedną stronę zdecydowanie odjęło jej czytelności.

Książeczka informacyjna była estetycznie złożona, przyciągająca oko i jasna w objaśnieniach. Ułożenie nazw paneli w ciągu alfabetycznym ułatwiało znajdowanie interesującego nas punktu. Minusem, który jednak sprawił, że informator ten spoczywał na dnie mojej torby, pod jedzeniem i ładowarką do telefonu, był fakt, iż przy nazwach paneli nie znajdowały się godziny rozpoczęcia atrakcji oraz oznaczenia sal, w których się odbywały. Wiem, że podniosą się teraz głosy „ale od tego była ta kartka, której tak nie lubisz!”. Jednak zanim ryk rozwścieczonych fanów dotrze do mojego ucha, pragnę zapytać: jak trudne byłoby połączenie tych dwóch obiektów w jeden? Nie musimy widzieć całego programu naraz, gdy można rozłożyć go na kilka stron. Plan pięter zmieściłby się na ostatnich stronach, tak jak i plany budynków. Ułatwcie pracę sobie oraz zabawę uczestnikom.


Winda, schody i ignorowane znaki

Zostawiając za sobą akredytację, przejdźmy do lokalizacji. Konwentowiczów w tym roku gościło Centrum Konferencyjno-Szkoleniowe mieszczące się przy ulicy Bobrowieckiej 9. Jest to imponujący budynek położony w dzielnicy mieszkalnej Warszawy. Kiedy nie jest najeżdżany przez fanów fandomów wszelakich, jest siedzibą instytucji takich jak Akademickie Centrum Medyczne lub Prywatna Wyższa Szkoła Nauk Społecznych, Komputerowych i Medycznych. Pierwsze, co rzuca się w oczy po wejściu do środka, to gigantyczny żyrandol, który przyciąga wzrok i odwraca uwagę od ludzi pchających się do windy.

Mimo że winda przeznaczona była głównie dla ludzi z bagażami oraz niepełnosprawnych, duża liczba uczestników używała jej nawet do poruszania się o jedno piętro w górę lub w dół. Te wycieczki skończyły się (w teorii) w sobotę, gdy organizatorzy wywiesili ogłoszenia o tym, że winda służyć ma helperom i organizatorom. Znak ten jednak nie przeszkodził ludziom pchać się na najwyższe dostępne piętro w godzinach konkursu cosplay. Ale to jeszcze nie jest czas, aby opisywać incydent Cosplayowego Morza Czerwonego i Mojżesza z Wodą.

Centrum Konferencyjne udostępniło organizacji Animatsuri pięć pięter (plus parter i poziom -1) w budynku A, który był głównym budynkiem wystawienniczym, budynek G przeznaczony na strefę noclegową, punkt sanitarny i medyczny, amfiteatr oraz szatnie wewnątrz budynku C.
Niestety, nie udało mi się zobaczyć wszystkich sal, jednakże zdecydowana większość, jaką zdołałam oglądnąć, była bardzo dobrze wyposażona (rzutniki, krzesła, stoliki, w niektórych salach nawet klimatyzacja). W jednej sali wystąpiły drobne problemy z głośnikami, ale dotąd nie wiem, czy była to wina laptopa prezentera panelu, czy wadliwych głośników. Pomieszczenia same w sobie były przestronne i nowoczesne, zupełnie różniące się od szkolnych klas, które używane były w poprzednich edycjach.


„Hej, nie przysypiaj! Dopiero czwarta!”

Jestem osobą, która docenia sen. Dobrze, może troszkę naciągam prawdę – szanuję sen, od kiedy zdałam maturę i zaczęłam pracować. W związku z tym, niestety, nie jestem w stanie ocenić paneli, które odbywały się w godzinach od 0:00 do 5:00. A te, które działy się za dnia? Byłam, widziałam, skorzystałam.

Ciężko poddać ocenie panele organizowane przez uczestników konwentu – są one w końcu o różnej tematyce, prowadzone przez ludzi z różną energią i różnym podejściem do materiału źródłowego. Inaczej także ocenia się LARP, a inaczej konkurs wiedzy o kolorach butów w danej serii. A skoro przy LARP-ach jesteśmy: z radością obserwowałam, z jakim poświęceniem przygotowywane były te organizowane w czasie Animatsuri – od bannerów wywieszonych na balkonie parteru po specjalnie przygotowaną broń. Aż miło było patrzeć na tę zabawę.
W tej sytuacji stwierdzę tylko, że nie było panelu, z którego chciałam od razu wyjść.

Skąd jednak woda w tytule tej relacji? Zaraz obok amfiteatru znajdował się basen. Dla niektórych pełnił on funkcję wanny, dla innych miejsca do przeprowadzenia sesji zdjęciowej, a dla pozostałych – terenu wyzwań oraz czystej zabawy ze wskakiwania do wody w pełnym rynsztunku. Powiem szczerze, miałam wielką ochotę wskoczyć do środka razem z innymi, no ale miałam tylko jedną parę spodni.
Zaraz za basenem znajdowało się pole pojedynków NERF i żałuję, że nie spędziłam więcej czasu w amfiteatrze, ponieważ jestem więcej niż pewna, iż ktoś przypadkowo (lub umyślnie) wpadł do basenu chociaż raz.

Jeżeli za atrakcję można uznać pomieszanie godzin pryszniców dla kobiet i mężczyzn, to tu też znajdziecie wodę. Ba, działającą nawet we wszystkich kabinach! Tego samego nie można jednak powiedzieć o drzwiach. Jednej kabinie ich brakowało. To co, przyjaciele, zrzutka na folię?


W wodzie skąpani, wodą napojeni

Gdy przejdziemy do atrakcji stałych i organizowanych przez Animatsuri, zacznie się droga pod górkę. Warsztaty szycia zorganizowane przez YUKI, w opinii moich znajomych poszły świetnie, ale gdy w tle terkotały maszyny, na pierwszym planie powstawała kolejka.
Kolejka ta tworzyła się na piątym piętrze, pod salą Chopin, w której miał odbyć się konkurs cosplay. Co mądrzejsi przyszli wcześniej, pół godziny, a nawet godzinę, aby zająć miejsce, które pozwoli im na znalezienie dobrego siedzenia w sali. Ludzi jednakże z minuty na minutę przybywało. Przypominam, w sobotę w Warszawie było piekielnie gorąco, a stanie w środku ściśniętej grupy ludzi nie należy do najbardziej komfortowego zajęcia na świecie. Staliśmy więc zlani potem, który tworzył się nie tylko z gorąca, ale także ze zdenerwowania wywołanego przez... windę.

Tak, tę przeklętą windę, której w sobotę nikt nie miał używać. Mimo zakazu jednak jej drzwi co chwila otwierały się i zamykały, wpuszczając na stosunkowo „przodową” część kolejki nowych ludzi, którzy powodowali coraz większy ścisk. Nie przyszło im do głowy, aby iść na koniec kolejki – dla nich ich miejsce było tam, gdzie wypluła ich winda. Ludzie, którzy czekali już dobrą chwilę, słusznie się denerwowali, gdy po pierwsze, byli spychani do tyłu, a po drugie, traktowani jak plaster żółtego sera w toście z bufetu.

Po pewnym czasie otwarte zostały drzwi dla uczestników VIP. Jeżeli pamiętacie, VIP-ów na całym konwencie było może 100, a na pewno nie wszyscy postanowili walnie pojawić się na konkursie cosplay, więc nawet po przejściu Very Important Guests na lewo, w kolejce dalej było jak w godzinach szczytu w warszawskim MPK.

I wtedy pojawił się on. Jak Morze Czerwone przed Mojżeszem rozstąpił się tłum spoconych i zdenerwowanych konwentowiczów, albowiem wiózł on przed sobą na wózku dar bogów, zbawienie świętych i ambrozję Olimpu – zwyczajną wodę w paczkach. W oczach niektórych pojawiły się łzy. Kimkolwiek jesteś, konwentowy Mojżeszu, wiedz, że tej pamiętnej soboty uratowałeś zdrowie fizyczne i psychiczne wielu młodych ludzi.

Odbiegając odrobinę od tematu konkursu cosplay, muszę wspomnieć o wyżej opisanej wodzie w paczkach. Była to ogólnodostępna, rozdawana za darmo w punktach medycznych chłodna woda zdatna do picia. W moich oczach była to świetna inicjatywa, która postawiła organizację konwentu na małym piedestale – kto wie, jak szybko odwodniłby się mój organizm z nadwagą, gdyby nie paczki wody „uświęconej”.
I nie muszę nawet wspominać, że świeże dostawy idealnie chłodziły rozgrzane policzki i czoło.


Cosplay, czyli jak nie organizować głosowania publiczności

Czas jednak wrócić do festiwalu „ciało do ciała” (czytaj: kolejki pod Chopinem). Po długim oczekiwaniu drzwi do sali zostały otworzone i na szczęście spokojnym strumyczkiem do pomieszczenia wlała się fala spragnionych atrakcji ludzi.
Zaznaczę tutaj, że nie mam zamiaru wyrażać moich personalnych opinii na temat występów, ponieważ to, co czytacie, jest relacją z konwentu, a nie dogłębną analizą tego, komu spadła peruka, a kto nie powinien siadać przy pianinie. Konkurs cosplay zaczął się i skończył bez specjalnych ceregieli – być może jedyną rzeczą, o której warto wspomnieć, jest to, że co drugi uczestnik konkursu nie wiedział, z której strony sceny trzeba zejść po zakończonej scence.

Prawdziwa przygoda zaczęła się po rozdaniu nagród. W przerwie między pokazami a ogłoszeniem wyników dane mi było zobaczyć występ grupy tanecznej i moje serce było spokojne i wypełnione szczęściem.
Było do momentu, w którym usłyszałam pierwsze nuty Caramelldansen.
Ludzie, jest 2018 rok. Rozumiem, że haha memy, jesteśmy otaku i cardan to dla nas hymn narodowy. Ale społeczeństwo obserwuje i ocenia. Chcecie normalnego traktowania ze strony innych ludzi? Obudźcie się. Tylko troszeczkę.
Wspomnę w tym momencie też o mojej niesamowitej nienawiści wobec tego niesmacznego i twardego jak chleb z Wielkanocy mema z krzesłem. Pozwólmy mu umrzeć, błagam. To już dawno przestało być śmieszne.

Moje wspomnienia z konkursu cosplay prawdopodobnie skończyłyby się tutaj, gdyby nie pewna rozmowa, która wynikła w pewnym warszawskim McDonaldzie nad pewnym ciastkiem z jabłkiem z pewnym uczestnikiem na temat pewnego konkursu. Dokładniej, na temat rundy sędziowskiej. Na podstawie tego, co udało mi się doczytać w social mediach w czasie podróży do domu oraz tego, co przekazał mi mój tajemniczy rozmówca, sądzę, że runda jury była okropnie zdezorganizowana. Po pierwsze, nie powstała lista uczestników, która powinna być wywieszona na zewnątrz sali oraz przekazana sędziom. Z tego powodu uczestnicy wchodzili do sali losowo, powodując przedłużanie się rundy oraz mały chaos w ocenianiu. Drugim i wydaje mi się bardziej poważnym błędem było wpuszczenie do sali widzów przed zakończeniem rundy jury, w wyniku czego kilka osób musiało być odnalezionych w tłumie przez sędziów i ocenionych „na gorąco”. Wisienką na torcie był fakt, że sama runda jury była opóźniona ze względu na występ zespołu.

Osobiście zawiodłam się głosowaniem publiczności, które, prawdopodobnie nieumyślnie, faworyzowało bardziej znanych cosplayerów. Na stronie, na której można było oddawać głosy (i to jeszcze tylko wtedy, jeżeli rezerwowało się bilet przez Internet) zamiast nazw cosplayów, tytułów scenek, imion postaci cosplayowanych zamieszczono tylko i wyłącznie pseudonimy uczestników. Rozumiałabym ten wybór, gdyby poniżej znajdowała się informacja na temat tego, kto jest kim, ale większość pseudonimów dla osób nieobeznanych z polską sceną cosplayową jest jak słowa zaklęcia z Harry’ego Pottera. Przyznam się wstydliwie, że sama zagłosowałam na cosplayera, którego poleciła mi znajoma siedząca obok.
Na następne Animatsuri polecam więc zabrać notatnik i długopis, bo jeżeli będziesz chciał oddać sprawiedliwy i szczery głos, musisz cofnąć się do szkoły i zacząć robić notatki.

Ile idolek można zmieścić w jednym konkursie cosplay? Okazuje się, że aż za dużo… Zostawmy jednak Idolkon v. 2.0 i wróćmy do sal wystawowych. Nie będę opisywać, co działo się w nich w ciągu dnia, bo to jest oczywiste – hałas, śmiech, brzęk monet i szelest banknotów. Zajrzymy jednak do tych sal nocą, po zamknięciu bram konwentu dla „jednodniowych” uczestników.


Czy to camping?

Jak już wcześniej wspomniałam, zapewnienie sobie miejsca na konwentowym sleepie łączyło się z koniecznością zakupu biletu przez Internet oraz dopłacenia 10 złotych. Niestety, nie wszyscy doczytali tę informację bądź po prostu nie byli w stanie zakupić wejściówek online. To spowodowało poruszenie. Nie stać nas na hotel, nie wpuszczą nas na sleepa? Jak żyć? Gdzie spać? Odpowiedź jest prosta: gdziekolwiek.

Tutaj na scenę wchodzą wspomniane przeze mnie wcześniej „obozy uchodźców”. Mówi się, że o trzeciej nad ranem w polach spotkać można ludzi, którzy zginęli na morzu. O trzeciej rano w salach wystawców można było zastać ludzi w śpiworach, z dokładnie tym samym wyposażeniem, które było w sleepie. Nie przeszkadzali nikomu, nie robili hałasu (przynajmniej na moim piętrze), nie zagradzali drogi. Po prostu spali tak jak ludzie dosłownie za ścianą.
Przechodzenie przez takie zgromadzenie daje trochę do myślenia. Moim zdaniem, aby zapobiec takim sytuacjom, wprowadzenie ograniczonej liczby wejściówek trzydniowych z wejściem na pokój noclegowy nie byłoby złym pomysłem. Istnieją osoby, które nie mają konta bankowego, a także ludzie (tacy jak ja), którzy nie potrafią zapoznać się z regułami na czas. Poniekąd to ich wina, ale każdemu może się zdarzyć, prawda?


Podsumowanie

Animatsuri 2018 będę wspominać pozytywnie. Nie tylko ze względu na czas, który mogłam spędzić ze znajomymi, świetne panele i cudowny występ grupy tanecznej, ale ze względu na świetną atmosferę panującą na tym konwencie. Czułam się tam doskonale pomimo drobnych niedogodności i na pewno wrócę tam za rok.

Miejmy tylko nadzieję, że tym razem w pociągu bez „kiełbasianych” pań.