Konwenty Południowe - Pyrkon - Festiwal nie konwent - relacja by Patron

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityką Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Jeśli chodzi o konwenty, to myślałem, że widziałem już wszystko. A później pojechałem na Pyrkon. Nie żałuję ani minuty spędzonej w Poznaniu. A dlaczego? Tego dowiecie się z następnych akapitów.

 

Złe dobrego początki…


Ciężko pominąć w relacji promocję tegorocznej edycji festiwalu. Pyrkon zaliczył olbrzymią wpadkę.

Chodzi tu oczywiście o spot „Kostki zostały rzucone”, który miał promować imprezę i unikatowe kostki dodawane do wszystkich pakietów powitalnych. Niestety, pomysł i realizacja wielu osobom przywiodły na myśl reklamy blachodachówki i innych materiałów budowlanych. Nie zabrakło żarliwych dyskusji, ostrych wymian zdań, czy bluzgów. Skandal, jaki został przez nią wywołany będzie wspominany jeszcze przez długi czas. Nie było chyba blogera, który odpuściłby sobie dodanie swojej opinii w tej sprawie. Organizatorzy, choć z opóźnieniem, wystosowali przeprosiny i sprostowanie. Nie wynikało z tego jednak, czy chcą przeprosić za spot, czy za to jak został odebrany.

Drugi problem to współpraca medialna. Dotarcie i uzyskanie odpowiedzi od osoby odpowiedzialnej za media było drogą przez mękę i chwilami miało się wrażenie, że na maile odpisuje kilka osób,
a każda kolejna nie ma pojęcia o zakresie ustaleń z poprzednią. Całe szczęście udało się w końcu dojść do porozumienia. Mamy szczerą nadzieję, że nauczeni tegorocznymi problemami komunikacyjnymi członkowie Drugiej Ery poprawią to i za rok wszystko pójdzie śpiewająco.

Kolejkon?

 

Na festiwal dotarłem o dziewiątej i gdy zobaczyłem tłumy przed wejściem byłem pewien, że przed południem na teren się nie dostanę. Jednak gdy po niespełna 40 minutach otrzymałem do ręki swój bilet, byłem bardzo mile zaskoczony. Zdecydowanie dobrym posunięciem było umożliwienie kupna biletu dzień przed imprezą oraz zmiana formuły na imprezę masową, co ograniczyło wszystkie irytujące uczestników konwentów formalności do samej płatności. Nie było problemów z wejściem na hale festiwalowe i dotarcie na pierwsze punkty programu. Jest to zdecydowanie ogromny plus wydarzenia.

O godzinie 14 na głównej scenie odbyło się oficjalne rozpoczęcie imprezy. Choć chyba wszyscy zebrani spodziewali się jakichś fajerwerków dostali zwykłe spotkanie informacyjne. Konferansjer przywitał wszystkich serdecznie, opowiedział co nieco o samym wydarzeniu i przekazał głos koordynatorom. Najpierw głównym, następnie wszystkich bloków programowych. Po tak niesamowitej imprezie można było spodziewać się czegoś bardziej kreatywnego, a przynajmniej prowadzącego, który ma jakąkolwiek dykcję i wiedzę na temat wystąpień publicznych. Jednak potknięcia zdarzają się każdemu. To co działo się później w pełni rekompensuje tę drobną niedogodność.

Let the battle begin!


Wstępne zbadanie mapki terenu i obejście go odbierało mowę. Dopiero po obchodzie można było w pełni docenić wielkość przedsięwzięcia. Ponad tysiąc godzin programu, więcej niż setka wystawców,

do tego ogrom planszówek, konkursów i turniejów, 7 hal targowych i jedna szkoła noclegowa. Każdy, kto lubi jeździć na konwenty mógł poczuć się tutaj jak w raju. Druga Era postarała się, aby na miejscu było wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Nie zabrakło również miejsca dla głodnych i spragnionych. W specjalnej hali znajdowała się strefa gastronomiczna, gdzie każdy konwentowicz mógł najeść się i napić do syta. Wydzielono nawet, co niezwykle mnie zaskoczyło, ogródek piwny. Wszystko jednak w granicach zdrowego rozsądku, a dzięki zgranej ekipie patrolowej nie miały miejsca żadne poważne incydenty. Ekipa ta składała się głównie z weteranów wielu innych imprez, więc radzili sobie wyśmienicie, nawet pomimo tak ogromnej liczby uczestników. Problemem było jednak utrzymanie porządku. Kosze umiejscowiono w kątach, gdzie nie były widoczne, poza tym ich ilość wołała o pomstę do nieba. Na szczęście ekipy gżdaczy sprzątały niezwykle sprawnie, więc nie odczuwało się tego za mocno. Niestety ich ilość nie była wystarczająca, przez co nawet pomiędzy dyżurami mieli pełne ręce roboty. Problem stanowiły też same zgłoszenia. Od koordynatora otrzymałem maila, że moje podanie zostało odrzucone. W niedzielę natomiast dowiedziałem się, że jestem wpisany w grafik. Oprócz tego trafiłem na gżdacza, który mimo wpisania w uwagach choroby serca przez cały czwartek nosił ławki, a dyżury spędzał w szatni, choć jest to zadanie wymagające dużej siły. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że były to odosobnione przypadki.

Program również nie powalał. Było kilka ciekawych kąsków, jak opowiadanie Gorektywu na żywo, czy spotkanie z twórcą systemu „Zew Cthulu”. Problemy dotyczyły chociażby zapisów na LARP-y, które odbywały się w innym budynku. Poza tym nie sposób było dowiedzieć się kiedy rozpoczynały się zapisy na poszczególne z nich. Nie wiedziały tego nawet osoby w punkcie info. Kłopoty pojawiały się również, gdy dwa oblegane punkty odbywały się w tym samym czasie, co prowadziło chwilami do zablokowania przejść na inne atrakcje. Gamesroom także przyprawiał o zawroty głowy. Poświęcono na niego 2/3 hali, a ilość gier zadowoliłaby nawet najwybredniejszych miłośników planszowych zabaw. Jednak nawet tak duża przestrzeń okazała się niewystarczająca. Nikt nie przewidział ogromnej liczby chętnych. Nieoficjalnie udało się dowiedzieć, że organizatorzy spodziewali się 16, maksymalnie 18 tysięcy osób. Przekroczenie tej liczby o 1/3 sprawiło, że czarne chmury rozciągnęły się nad spójnością wydarzenia. Na szczęście osoby odpowiedzialne za imprezę podołały temu zadaniu.

Nie może zabraknąć kilku słów o wystawcach. Choć było ich wielu, nie wpłynęło to na różnorodność. Pojawili się w zasadzie wszyscy, którzy jeżdżą na konwenty plus kilku mniejszych. Ci mniejsi, jak udało mi się dowiedzieć, zostali potraktowani po macoszemu. Nie dość, że część dostała stoiska nawet dwukrotnie mniejsze, niż przewidywała umowa, a brakujące stoliki dostawiono im dopiero w sobotę wieczorem, to jeszcze osoba zbierająca fanty na barter była chamska. I słowo „nieuprzejma” byłoby tu po prostu olbrzymim niedopowiedzeniem.

Tegoroczna edycja, choć pełna potknięć miała też swoje plusy, których wcale nie było mało. Arena walk przyciągnęła tłumy, a pojedynki, które się na niej odbywały były naprawdę spektakularne i warte obejrzenia. Podobnie sama maskarada. Chyba nikt nie spodziewał się aż tylu występów. Tym bardziej, że reprezentowany przez nie poziom był niezwykle wysoki. To samo można powiedzieć o wystawach. Rekonstrukcje modeli ze Star Wars zapierały dech w piersiach. Niesamowicie wyglądał również transporter opancerzony reklamujący anime „Girls und Panzer”. Tak samo chociażby wioska Postapo, w tym wielki obóz „Brotherhood of Beer”.

Podsumowanie


Ciężko jest mi jednoznacznie podsumować Pyrkon. Przede wszystkim nie jest to już po prostu konwent, a festiwal, impreza masowa. Z perspektywy uczestnika jestem tak zadowolony, jak tylko mógłbym być. Spotkałem znajomych, poznałem dużo nowych ludzi, zobaczyłem masę ciekawych rzeczy. Jako osoba z branży nie mogę jednak ominąć tego, co nie wyszło, albo było słabe. Nie mogę zapomnieć o głównym celu, który przyświecał Drugiej Erze przy organizacji tego wydarzenia, czyli promocja fantastyki. I mimo wszelkich potknięć nie można odmówić organizatorom sukcesu, bo drugi raz z rzędu podwajają frekwencję. Zorganizowanie imprezy tego formatu bezspornie było tytanicznym wysiłkiem. Moja ocena to 6+/10.

Ocena: 6,5/10

Tagged Under