Rosyjska Ruletka. Mistrzostwa Świata

ruletka pudełkomaleblack monk

Wydawca: Black Monk
Autor: Anthony Burch
Rodzaj: Imprezowa
Poziom skomplikowania rozgrywki: Banalna
Losowość: Duża
Gra składa się z: 

  • 24 kart postaci;
  • 55 kart magazynku;
  • 31 kart akcji;
  • 6 kart pomocy;
  • 42 żetonów zwycięstwa;
  • 6 kości obstawiania;
  • instrukcji

Co Rosja dała światu? Oprócz Rewolucji Październikowej, programu kosmicznego i tony popularnych zawołań znanych każdemu, kto chociaż przez chwilę grał w CS:GO, również bardzo interesującą odmianę popularnej gry hazardowej. Tę, w której zamiast na wirującym talerzu z kolorowymi polami kulka znajduje się w jednej z komór sześciostrzałowego rewolwera, zaś stawką jest życie. Mowa, rzecz jasna, o rosyjskiej ruletce – jak głosi miejska legenda, rzekomo najpopularniejszej grze w szeregach carskich oficerów. O ile słowiański duch znany z „co, ja nie dam rady?” sugeruje, że może to być prawda, o tyle nie mamy dotąd odpowiedzi na pytanie, jak to możliwe, że pomimo tej mody Car miał jakąkolwiek armię... Dla tych, którzy dotąd nie mieli okazji spróbować, jak to jest mieć zimną lufę przy skroni i szansę tylko pięć do sześciu, że wyjdzie się z tej przygody cało (nie polecam), wydawnictwo Black Monk proponuje szybką i zabawną grę planszową, w której możemy spróbować swoich sił bez ryzyka zranień poważniejszych niż zakrztuszenie się kostką (także nie polecam). Oto „Rosyjska Ruletka. Mistrzostwa Świata” autorstwa Anthony'ego Burcha.

Zasady gry są w miarę nieskomplikowane. Każdemu z grupy od dwojga do sześciorga graczy powierzona zostaje czteroosobowa drużyna zawodników, których zadaniem będzie jak najszybsze zdobycie piętnastu punktów – albo bycie ostatnimi żywymi przy mistrzowskim stole. Punkty zdobyć można przez... strzelanie sobie w głowę. A właściwie obstawianie, ile strzałów – od zera do pięciu – uda się przeżyć w danej turze. Każdy strzał to jeden punkt, plus jeden punkt premii za dotrwanie do końca tury. Oczywiście, jeśli przykrym zbiegiem okoliczności trafisz na pełną komorę, nie dostajesz ich wcale. Bębenek rewolweru reprezentowany jest przez talię sześciu (właściwie, siedmiu, ale o tym za chwilę) kart – na wszystkich oprócz jednej napisane jest „klik” i oznaczają one pustą komorę – a na jednej „bang!”, czyli, w wolnym tłumaczeniu, „skocz ktoś po mopa i wiaderko”. Na początku każdej kolejki, przed obstawianiem, każdy z graczy musi przetasować swoją talię, co odzwierciedla wsuwanie kuli do jednej z komór, a potem kręcenie bębenkiem. Potem, kiedy zaczynamy strzelać, odsłaniamy po jednej karcie za każdy obstawiony strzał. Ale zanim to nastąpi...


...trzeba zdecydować, czy próbujemy oszukiwać, czy też nie. W końcu gra toczy się o życie, dlaczego trochę nie pomóc szczęściu? Decyzja polega na tym, którą ze swoich siedmiu kart odłożyć na bok zakrytą. Byłoby to, oczywiście, bez sensu – po co w ogóle wkładać kule do bębenka, skoro można od tego umrzeć? – gdyby nie interesująca mechanika, jaką jest wzajemne oskarżanie się drużyn o oszustwo. Możliwość zarzucenia komuś grania wbrew regułom istnieje na chwilkę przed tym, zanim wszyscy przyłożą sobie lufy do skroni. Jeśli zdecydujesz się grać uczciwie i odłożyć na bok „klika”, bycie oskarżonym przynosi korzyść tobie (w postaci dodatkowej karty dającej możliwość specjalnej zagrywki), a hańbę (i konieczność dodania jeszcze jednego naboju do magazynka!) przeciwnikowi. Jeśli zaś odłożoną kartą będzie „bang!”, sędzia bez wahania wyłączy aktywną postać z gry, grożąc jej palcem (położonym na spuście) – zaś kiedy obsługa imprezy wyniesie z sali stygnące zwłoki zawodnika, znalazcy zgubionej kulki wypłacona zostanie pokaźna nagroda.


Nagrodą są karty akcji. Te dodają trochę interesujących komplikacji do raczej prostego rdzenia rozgrywki. Ich działanie jest różne – niektóre pozwalają podczas kolejnego strzału wycelować w niebo, inne w innego gracza. Są karty, których działanie pozwala na jednorazowe uniknięcie złapania na oszustwie, a są też takie, które zmuszają wskazanego zawodnika, któremu udało się przeżyć rundę, do wykonania jeszcze jednego, ostatniego strzału, który może okazać się tym pechowym. Jak widać, możliwe efekty są różnorodne, zaś mechanika gry pozwala na ciekawe łączenie różnych zagrań celem uzyskania jak najlepszego efektu. Przykładowo, karta pozwalająca strzelić w przeciwnika będzie działać tym lepiej, im więcej kul mamy w bębenku – a te można zbierać, rzucając na lewo i prawo fałszywe oskarżenia. Ta właśnie różnorodność pozwala na obranie kilku możliwych skutecznych taktyk, a element blefu dodaje zabawie nieco pieprzu. To spora zaleta w grze o tak prostych zasadach.


Tak więc w „Rosyjskiej Ruletce. Mistrzostwach świata” można oszukiwać. Jak się jednak okazuje, na więcej niż jeden sposób – i to jest olbrzymią wadą. O czym mówię? O tym, że etap tasowania „magazynka”, jako że operujemy talią tylko sześciu kart, jest bardzo łatwy do zmanipulowania. Instrukcja przestrzega przed takimi zachowaniami, mówiąc otwarcie, że „nie należy być dupkiem”, prawda jest jednak taka, że niektórych rączki aż świerzbią, bo przecież tak łatwo sprawić, by kula znalazła się na samiutkim dole stosu. Sprawia to, że w „Rosyjską Ruletkę” grać należy tylko i wyłącznie z osobami o dużym dystansie do siebie i do gry, potrafiących w zabawie równie mocno cieszyć się tak z przegranej, jak i wygranej, o samej rozgrywce nie mówiąc. Innym rozwiązaniem jest podawanie swojego magazynka do tasowania osobie po prawej lub lewej stronie...


Gra wydana jest schludnie, zaś zgrabnie stylizowana na ciut niedbałą oprawa graficzna kart nieco przywodzi na myśl klimat lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku i ten panujący wtedy we Wschodniej Europie. Rzecz jasna, nasi sąsiedzi spod Uralu są tu przedstawieni w mocno krzywym zwierciadle – wystarczy spojrzeć na nazwy drużyn, które brzmią, jakby odpowiedzialna za nie osoba po prostu wybrała sześć „zzabugopochodnych” słów, jakie pierwsze przyszły jej do głowy. Trochę rozczarowało mnie, że tylko kapitanowie drużyn mają imiona, nazwiska i portrety – reszta postaci to po prostu czarne sylwetki opisane jako „zawodnik”. Poza tym raczej bez zarzutu – karty są czytelne, „firmowe” kości obstawiania bardzo ładne, gra nie sprawia wrażenia ani niedorobionej, ani przeładowanej zbędnymi bajerami, które nie wnoszą niczego do zabawy oprócz podbijania ceny. Ot, solidna produkcja wedle standardu, do jakiego przyzwyczaił nas Black Monk.


Czy polecam „Rosyjską Ruletkę”? To ciekawa, dająca pełno frajdy pozycja typowo imprezowa, aby jednak dobrze się bawić, potrzeba odpowiedniego towarzystwa – najlepiej takiego, które ceni czarny humor, a jednocześnie umie się bawić i rozumie, że oszukiwanie po prostu nie jest w porządku. Jeśli uda wam się takie zgromadzić, na pewno miło spędzicie przy niej czas. Pogawędziłbym jeszcze, ale sekundant wpycha mi broń do ręki, a sędzia znacząco pokazuje na zegarek. No cóż! Za matuszkę Ro-