Konwenty Południowe - Recenzja książki: Olga Gromyko - „Wiedźma Opiekunka”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityką Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

wiedzmaopiekunka

Olga Gromyko - „Wiedźma Opiekunka”

papierowy ksiezycWydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 496
Cena okładkowa: 46,90 zł

Każdy student, którego czas nauki zmierza już powoli ku końcowi i ostatecznej bitwie na argumenty z komisją egzaminacyjną, zadaje sobie jedno pytanie: co robić po studiach? Opcji jest teoretycznie sporo, jednak rzeczywistość weryfikuje większość oczekiwań, sprowadzając marzenia i entuzjazm do poszukiwania sposobu na przetrwanie. Ale czy kiedykolwiek zastanawialiście się, co mógłby robić po zakończeniu nauki taki Harry Potter? No, to w końcu fantastyka, powiecie, na pewno od razu znajdzie dobrze płatne i równie ekscytujące co nauka zajęcie! A jeśli jego plany i zamiary zostałyby pokrzyżowane… to co wtedy? Olga Gromyko w dość przewrotny sposób potraktowała swoją bohaterkę, w poprzednim tomie Kronik Belorskich sprawnie zajmującą stanowisko najlepszej uczennicy i wiedzącą dobrze, gdzie i jak chce spędzić resztę życia.

Wolha Redna zdała egzaminy śpiewająco. No, może nie do końca, jako że miało miejsce parę dziwnych i nie do końca wytłumaczalnych zdarzeń (jak blokada psychiczna nałożona na mistrza, która po prostu nie miała prawa się udać), niemniej całość zakończyła się względnym powodzeniem. Szczęśliwą i gotową do rychłego powrotu do Dogewy, gdzie czekać na nią ma oficjalne stanowisko, wiedźmę szybko wyprowadza z błędu sam mistrz. Otóż nici z pracy dla wampirów – bardziej prestiżowym miejscem na odbycie stażu ma być dwór królewski. Sprawa jest już ugadana, załatwiona, dokumenty podpisano, pokój dla młodej, ładnej absolwentki położony tuż przy sypialni króla (no, przecież zawsze można mu nie otwierać! Prawda?...) jest już przyszykowany. I tylko sama zainteresowana jakoś nie wygląda na zachwyconą. Z macek biurokracji nie da się wywinąć, ale to przecież ta słynna W. Redna – możemy być pewni, że załatwi sprawę po swojemu, na pohybel starym lubieżnym władykom!

Od czasu wydania przez Papierowy Księżyc „Zawód: Wiedźma” minęło sporo czasu, zanim mogłam nacieszyć oczy i serducho kontynuacją przygód mojej ulubionej adeptki. Dla wydawnictwa to rok przerwy, dla mnie – z rożnych przyczyn nawet więcej. Nie wiem, jak to było z autorką, ale w książce da się zauważyć pewien postęp w kwestii warsztatu pisarskiego. W drugim tomie nie uświadczymy już bowiem ani chwili sztucznego przestoju akcji, momentów, w których nie dzieje się kompletnie nic, a które byłyby rozwleczone do absurdalnej objętości tekstu, jak to miało miejsce w tomie pierwszym. Akcja prowadzona jest w dużo pewniejszy sposób, nie zbacza z ustalonego toru i nie daje uczucia znużenia. Dynamika jest taka, jak być powinna w przypadku tak żywiołowej i uwielbiającej wpadać w kłopoty bohaterki.

Ona sama zaś nie zmieniła się ani na jotę, chociaż motywy, które nią kierują, są już jakby bardziej… dorosłe? Wolha zdecydowanie chce wrócić do Dogewy, w pobliże władcy, co do którego jej uczucia są… są… no, są jakie są, chociaż ona sama jeszcze się do tego nie przyzna. A przynajmniej nie na głos. Konieczność zmierzania w zupełnie przeciwnym kierunku nastraja ją wojowniczo, a to, co z tego wojowania wyniknie, szybko zmieni się w miejscową legendę pt. „Jak adeptka magii okpiła króla”. Jak się jednak szybko okaże, instynkt każący dziewczynie wracać co sił w gościnne progi wampirzych chat (kto by pomyślał!) słusznie wymuszał pośpiech. Zarówno Len, jak i cała nacja przez niego rządzona stają bowiem w obliczu problemu o znacznie większej wadze. Wolha będzie musiała jednak zmierzyć się z nieprzychylnymi spojrzeniami różnych osób, od których zależy jej los, a także tym, co przyjdzie jej odkryć na własny temat.

Chyba najbardziej wyczekiwałam rozwinięcia wątku miłosnego pomiędzy Wolhą a Lenem – bo że coś takiego nastąpić musi, było niemal pewne. Wspomniane w pierwszym tomie małżeństwo władcy z kobietą z tejże kasty nabiera kształtów – zupełnie zresztą niemile widzianych i przez bohaterkę, i czytelniczkę, którą wówczas byłam. Wokół tego motywu osnuta jest cała historia części drugiej. Wrażenia (mocno mieszane, ale nadal zmuszające po prostu do weryfikacji przypuszczeń) potęguje myśl autorstwa niejakiego Cynicznego Minstrela, zawarta na wstępie książki: „Historia miłosna ze szczęśliwym zakończeniem nie ma cienia szansy, by przejść do legend…”. To ona była głównym powodem, dla którego „Wiedźmę Opiekunkę” skończyłam czytać praktycznie w jeden dzień. Po prostu musiałam wiedzieć!

Druga część Cyklu Belorskiego jest zdecydowanie udaną kontynuacją. Zachowuje lekki, żywy, interesujący styl poprzedniczki, minimalizując bądź w ogóle nie zawierając jej wad. Całość traci nieco infantylnego uroku i sztubackiego humoru na rzecz spojrzenia bardziej otwartego, dotyczącego życia jako takiego, nieograniczonego szkolnymi murami i sprowadzającego się do wyboru własnej drogi życiowej, nadal jednak jest wyjątkowo atrakcyjna. Drugą „Wiedźmę” czyta się świetnie, a niecierpliwość wiążąca się z koniecznością oczekiwana na tom kolejny, jest po skończeniu lektury ogromna.