Konwenty Południowe - Recenzja książki: C. L. Werner - „Tropiciel czarownic”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityką Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

tropicielczarownic

C. L. Werner - „Tropiciel czarownic”

copernicus corporationWydawnictwo: Copernicus Corporation
Liczba stron: 253
Cena okładkowa: 44,00 zł

Dawno, dawno temu był sobie Łowca czarownic, któremu udało się pokonać groźnego wampira, ale utracił przy tym księgę mrocznych zaklęć. Musiał więc wyruszyć w dalszą drogę i walczyć z siłami zła o spokój zwykłych ludzi...

Cóż, bajka pisana na podstawie książek C. L. Wernera zdecydowanie nie nadawałaby się dla dzieci, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że straszliwy nieumarły nie jest wcale najgorszym, co mogłoby się tam przytrafić. Starsi jednak nie powinni bać się sięgnąć po twórczość z kanonu Warhammera Fantasy, wiedząc już, jak wiele mroku kryje się za pełnymi heroizmu opowieściami rodem z tego uniwersum. Zwłaszcza w książkach o Łowcy czarownic, wydawanych ostatnio w Polsce nakładem Copernicus Corporation.

Mathias Thulmann, któremu nadal nie daje spokoju pozornie tylko zakończona sprawa rodu Klausnerów, udaje się do Wurtbadu, gdzie miał pojawić się i działać niejaki Herr Doktor Weichs. Człowiek ten był zamieszany w zbrodnie Chanta Favny, wiedźmy ujętej wcześniej przez Thulmanna. W mieście szaleje zaraza – wjazd do niego oznacza brak możliwości wydostania się aż do zakończenia epidemii, ale również niemożność otrzymania jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz. Ten brak Łowca odczuje bardzo prędko, gdy okaże się, że krążący po ulicach osady lekarze w ptasich maskach nie są do końca ludźmi, zmutowani za pomocą mrocznej magii przez niewiadomego czarnoksiężnika. Ślady prowadzą w podziemia, gdzie władzę dzierży szczurzy ród Skavenów, a jakiekolwiek próby dochodzenia prawdy i zapobiegnięcia szerzeniu się spaczenia udaremniane są przez miejscowego władykę, barona von Gotza, również zarażonego gorączką Stiru… Ale za to leczonego przez miejscowego maga przy pomocy tajemniczej księgi.

W porównaniu z tomem pierwszym, „Tropiciel czarownic” nie wprowadza czytelnika we wszystkie niuanse opisywanej intrygi od razu, dzięki czemu fabuła zdecydowanie traci na przewidywalności, a zyskuje na klimacie. W pewnym sensie kontynuuje pozornie zamknięte wątki z „Łowcy czarownic” – Das Buch Die Unholden nadal pozostaje nieuchwytna, choć istnieją przypuszczania co do tego, w czyich rękach może się znajdować, a Nekrarcha Sibbechai, tylko tymczasowo unieszkodliwiony, wyrusza znów, by odnaleźć księgę. Pewna scena z posiadłości Klausnerów i wyrzuty, które trapią Thulmana każą jednak podejrzewać, że w tej historii nie pojawi się tylko jeden wampir…

Napięcie w książce genialnie potęguje panująca w mieście zaraza. Przypominająca w swych objawach dżumę choroba staje się siłą kończącą wiele sporów, jednocześnie jednak prowokującą inne, znacznie większe. Wyzwala w ludziach niezgłębione pokłady okrucieństwa, staje się metodą wywierania zemsty i przyczynkiem do wyzysku. Doktorzy plagi, ubrani w stroje znane z historii, rozsiewający wokół siebie zapach bzu, stają się tu jednak nie narzędziem litości i ratunku, a dalszego pognębienia, kryjąc pod maskami tajemnicę mroczniejszą niż oczekiwać mógłby nawet Łowca czarownic. Gwoździem do trumny, a może kulminacją mroku, jest postać barona von Gotza, leczonego z zarazy za pomocą sił, które tylko pozornie poprawiają stan jego zdrowia, w rzeczywistości zmieniając go nie do poznania i pogłębiając trawiące jego umysł szaleństwo. „Tropiciel czarownic” nie jest już tylko książką mroczną – zawiera w sobie spory ładunek okrucieństwa i scen, które nie nadają się dla wrażliwszego czytelnika, których w pierwszym tomie się nie uświadczyło.

Prócz Mathiasa Thulmanna i nieodłącznego zabijaki Stenga pojawia się w historii oczywiście nasz stary (nie)dobry Nekrarcha, a także postać, która właściwie pojawić się nie powinna… Choć jej motywy i postępowanie mogą początkowo stanowić dla czytelnika zagadkę. W samym mieście poznamy panią Silję Markoff, córkę Najwyższego Lorda Sprawiedliwości (cóż za napuszony tytuł, swoją drogą…), która jako postać jest jednak cokolwiek sztampowa, choć stanowi pewne urozmaicenie w męskim, zaciętym i mierzącym się ponurymi spojrzeniami towarzystwie panów – a także kapitana Meissera, zarządzającego miejscowym oddziałem templariuszy. Tego drugiego już lubić nie sposób, jednak w przeciwieństwie do Silji obdarzony został charakterem opisanym w sposób konsekwentny i przekonujący, będąc dwulicową, choć zdecydowanie niegłupią szują. Pan Werner powinien jednak poświęcić więcej uwagi postaci kobiecej, która ma grać w książce rolę wykraczającą poza bycie i powiedzenie swojej kwestii – o wiele lepiej wychodzą mu bohaterowie skonfliktowani wewnętrznie i zwyczajnie paskudni z charakteru, niż ci dobrzy i o prostszych motywach.

„Tropiciel czarownic” podobał mi się jednak bardziej niż „Łowca…”, głównie przez znacząco większy poziom skomplikowania fabuły (dwa-trzy wątki rozgrywające się równolegle i Thulmann, który wie trochę… ale nie na tyle, by je od siebie odróżnić i złożyć w osobne całości. A kiedy już się wszystko połączy, ho ho!), mroczniejszy klimat i znacząco większą nieprzewidywalność akcji. Czekam niecierpliwie na kolejną, ostatnią już część przygód Łowcy czarownic, a cykl, tak zresztą jak przy okazji recenzji tomu pierwszego, polecam nie tylko fanom uniwersum Warhammera Fantasy.