Imladris powrócił dwa lata temu z bardzo długiego zimowego snu. Nie zrobił tego z wielkim hukiem i nie zdobył kraju przyćmiewając swoją wielkością i epickością największe festiwale fantastyczne. Jednak mimo to, zapisał się w pamięci obecnych i miał bardzo pozytywny wydźwięk w polskim fandomie fantastycznym. Co mnie najbardziej urzekło? Poziom atrakcji. Były solidne, ciekawe i różnorodne. Tym co mnie najbardziej wtedy bolało, był nijaki klimat i mało ludzi. To było w 2013 roku. Dwa tygodnie temu odbyła się kolejna edycja Imladrisu i zamierzam opowiedzieć Wam jak się bawiłem.

Kameralny piątek


Mimo bardzo małej odległości między moim mieszkaniem a budynkiem konwentu, na miejsce dotarłem dopiero w piątkowy wieczór. W pakiecie akredytacyjnym otrzymałem plastikowy identyfikator (taki przypinany na krokodylku lub agrafce) i informator z regulaminem (Punkt 21: Wszystkie nosorożce na terenie konwentu zobowiązane są do ubrania niebieskiej czapki), tabelą programową, mapkami itd. Wszystko czytelne i nieprzysparzające problemów. Szkołą konwentową była dokładnie ta sama co i w zeszłym roku. Nieco przyciasna, ale na warunki Imladrisu spokojnie wystarczyła. Na parterze ulokowano wystawców, help room, małą i klimatyczną gastronomię (właściwie była za szkołą, ale przechodziło się przez salę wystawców) i salę warsztatową. Wystawcy oferowali głównie książki oraz sporo gadżetów steampunkowych i fantastycznych. Wyjątkiem tu jest Maginarium.pl, które raczyło nas koszulkami, kubkami, podkładkami i masą innych gadżetów nawiązujących do seriali, gier i filmów i Black Birds Project ze świetnymi maskotkami. Oczywiście nie były to jedyne wyjątki. Po prostu wymienienie wszystkiego mijałoby się z celem. Na zdjęciach widać wszystko ;-). Za szkołą mogliśmy zjeść pieczone ziemniaczki i inne bardzo dobre i zachowane w klimacie średniowiecza/fantastyki potrawy. Panie, które podawały to jedzonko także przebrane były w odpowiednie stroje. Na pierwszym i drugim piętrze umieszczone zostały sale prelekcyjne, warsztatowe, LARP-owe i autorska. Do dyspozycji oddano także spory Gamesroom z masą planszówek. Oczywiście było tam cały czas pełno ludzi i można śmiało powiedzieć, że sala stała się swoistym sercem konwentu. Przeszedłem się jeszcze po salach prelekcyjnych i zostałem mile zaskoczony sporą frekwencją. Zazdroszczę tym, którzy nie muszą pracować do późna ;-).

Konwent wagi średniej, a jednak po domowemu?


Imladris jest specyficzny. Nie ma tu maina, ani wielkich atrakcji prowadzonych przez organizację. Konwent po prostu jest i się kręci. Przypomina to bardziej zaawansowaną domówkę, czy spotkanie klubu miłośników fantastyki niż imprezę masową. Czy jest to jego plus czy minus? Myślę, że po części i to i to. Brakowało mi tych punktów kulminacyjnych, dzięki którym wyznaczało się konkretne etapy wydarzenia, jednak z drugiej strony ludzie budowali większy socjal. Widać było wędrujące grupki, które wymieniały się między sobą ludźmi. Wyglądało to tak, jakby każdy każdego znał i był jakoś powiązany z resztą. Domowego klimatu dopełniło niedzielne śniadanie, o którym powiem szerzej w dalszej części tej relacji.

Przydługie podsumowanie


Jak już wspomniałem, event nie miał punktów głównych. Po prostu się działo. Dlatego to w podsumowaniu postaram się zawrzeć jak najwięcej rzeczy, które ten konwent budowały. Po pierwsze – goście. Było ich niemało i nie byle jacy. Widziałem Jakuba Ćwieka, Simona Zacka, Piotra Cholewę, Geekozaury, Andrzeja Pilipiuka i znacznie więcej. Wymienić wszystkich jest po prostu nie sposób, a nie chciałbym nikogo pominąć. Jak na imprezę, na której zakredytowało się około 700 – 900 osób, lista gości jest imponująca. Atmosfera bardzo luźna i przyjemna. Bardzo dużym plusem było niedzielne śniadanie, które miało jeszcze bardziej nas zsocjalizować. Niestety, chyba niewiele osób o nim wiedziało, przez co bardzo mało ludzi zdecydowało się odwiedzić tę „atrakcję”. Przed szkołą pojawiła się także mobilna budka z burgerami, które były podobno bardzo dobre, jednak cena mnie odstraszyła. Pojawiły się głosy, że i tak warto ;-). Atrakcje stały znów na bardzo wysokim poziomie i podczas obchodów fotograficznych niejednokrotnie zatrzymywałem się na dłużej, żeby posłuchać. Organizacja w niczym nie nawaliła (jednak nie było wielu aspektów, w których dałoby się coś zepsuć) i jedynym znaczącym minusem całości była odległość do szkoły sypialnej. 2 kilometry mogły dać się we znaki zamiejscowym, decydującym się na nocleg właśnie tam. Biorąc pod uwagę to wszystko, oceniam Imladris XIII na 7 punktów.

Ocena ogólna: 7/10

Lokalizacja: 5/10

Organizacja: 8/10

Ocena uczestników:7/10
Tagged Under