Konwenty Południowe - Recenzja książki: Lee Lightner - „Synowie Fenrisa”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityką Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

synowie fenrisaLee Lightner - „Synowie Fenrisa”

copernicus corporation Autor: Lee Lightner
Wydawnictwo: Copernicus Corporation
Liczba stron: 340
Cena okładkowa: 39,00 zł

Przyznaję, nie jestem fanem twórczości Williama Kinga – dotychczas pisany przez niego cykl o wspomnieniach Ragnara, mistrza zakonu Kosmicznych Wilków, ani mnie nie porwał, ani szczególnie nie zniechęcił. Ciekaw byłem, czy duetowi pisarskiemu występującemu pod pseudonimem Lee Lightner, który przechwycił przywilej jego kontynuowania, uda się ten stan rzeczy zmienić. Panie i Panowie, oto piąty tom cyklu, „Kosmiczny Wilk” - „Synowie Fenrisa”.

Piąta część podejmuje historię tam, gdzie pozostawiły ją „Wilcze Ostrza”. Ponownie mamy do czynienia z Ragnarem, który w czasie jednej z licznych bitew z Chaosem, zainspirowany przez bitewny zapał młodych rekrutów, zatrzymuje się na chwilę, by powspominać swoją przeszłość jako szczenięcia, młodego i jeszcze niedoświadczonego Kosmicznego Marine. Wraca wtedy myślami do pobytu na planecie Hyades, jednego z nielicznych ośrodków w Imperium, gdzie wydobywa się promethium – paliwo do imperialnych pojazdów oraz uzbrojenia typu melta. Wraz z towarzyszami z Wilczych Ostrzy, strażnikami domu Belisarius, został tam wysłany, by zbadać osobliwy fenomen, który przyczynił się do spadku efektywności wydobycia. Z pozoru proste zadanie znacznie się komplikuje, gdy okazuje się, że nie oni jedyni prowadzą tam śledztwo – sześcioosobowa grupa z zakonu Mrocznych Aniołów, pradawnych rywali Wilków jeszcze z czasów Herezji Horusa, przybywa tam wkrótce po Ragnarze i jego kompanach...

Miałem mnóstwo zarzutów wobec poprzedniej części cyklu, jeszcze autorstwa Williama Kinga – miałką, mało charakterystyczną prezentację bohaterów drugoplanowych, wolny rozwój akcji i niezbyt zawiłą intrygę. Muszę jednak przyznać, że na tle tego, co zaprezentowali Lee Lightner, twórczość autora pierwotnego „Kosmicznego Wilka” prezentuje się jako istne arcydzieło. Nie potrafię wskazać elementu tej powieści, który byłby zrobiony dobrze. Opisy starć, które tak chwaliłem w poprzedniej odsłonie, tutaj są chaotyczne i męczące. Całkiem niezłe dialogi teraz kompletnie nie trzymają się kupy i chociaż spotykamy tu bohaterów, którzy pojawili się już w poprzedniej odsłonie cyklu – Haegra, Torina i, oczywiście, Lady Gabriellę – to właśnie z ich powodu nie zachowali oni kompletnie niczego z dawnego charakteru i ikry. Podobnie ma się sprawa z Ragnarem, który, będąc postacią nawet jeśli niezbyt głęboką, to chociaż ciekawą, ze swoim odpowiednikiem z poprzednich odsłon serii ma wspólne chyba wyłącznie imię. Czarę goryczy przepełnił sposób, w jaki przedstawiono Mrocznych Aniołów (skądinąd jeden z moich ulubionych zakonów, co w kontekście tej powieści muszę przyznać ze wstydem). Ten przyprawia o zgrzytanie zębami – brak dyscypliny typowej dla surowej reguły zakonu to jedno, ale przysłani na Hyadesa członkowie Skrzydła Śmierci, elitarnej pierwszej kompanii zakonu są po prostu kompletnymi idiotami, których możliwości przekracza nawet zaplanowanie prostej akcji dywersyjnej!

Jakby tego było mało, jakość polskiego wydania książki jest raczej mizerna. Nie tylko sprawia ona wrażenie, jakby nie przeszła najbardziej podstawowej korekty – roi się od literówek, powtórzeń i językowych niezręczności, których łatwo można było uniknąć. Mam również wątpliwości, czy tłumacz wykonał swoją pracę w stu procentach poprawnie. Na stronach „Synów Fenrisa” można napotkać wiele zapewne nieświadomie popełnionych kalek językowych (aż za łatwo wyobrazić sobie brzmienie oryginalnego tekstu), zaś zdania ułożone są w dziwny, nienaturalny sposób, co sprawia, że czytanie piątego tomu przygód Ragnara w wersji polskiej staje się zajęciem męczącym i niezbyt satysfakcjonującym. Zabrakło też konsekwencji w tłumaczeniu nazw własnych: ród Belisarius, przetłumaczony w „Wilczych Ostrzach” jako ród Belizariuszy, tutaj zachowuje oryginalną pisownię – podczas gdy legendarny parton i założyciel Mrocznych Aniołów, Lion El'Jonson, został Lwem El'Jonsonem. Tytułowano go Lwem, owszem, ale czy imię nie powinno zachować oryginalnego brzmienia, skoro zachowały je inne imiona w tej książce? 

Nie wiem, na ile rozliczne potknięcia tej powieści są dziełem autorów, a na ile konsekwencją nieudanego tłumaczenia. Wiem jedynie, że w tej postaci „Synów Fenrisa” z czystym sumieniem nie mogę polecić nikomu, nawet najbardziej oddanym fanom cyklu czy świata Warhammera 40 000. Powieść ta, wtórna w stosunku do poprzednich, a w dodatku o parę oczek gorsza jakościowo, nie daje się uratować nawet przez niezły pomysł na wątek główny. Zdecydowanie odradzam.